Wczorajszy dzień był… w chuj…

Wczorajszy dzień był… w chuj patologiczny. Po trzech godzinach byłem wprost wycieńczony przygniatającą mnie głupotą ludzi wokół. Najpierw wymęczył mnie sam dojazd do roboty, bo przez zamknięty wiadukt napierdalam jakieś kółka wokół centrum, byle nie władować się w Piłsudskiego. Zamiast zwyczajowego kwadransa dojechanie na bazę zajęło mi bite pół godziny, bo po drodze straciłem 10 minut na przejeździe kolejowym na ks.Jałowego, który się zamyka jeszcze zanim pociąg w ogóle wyjedzie z peronu na dworcu, a w międzyczasie obserwowałem, jak facet zatrzymuje się na zielonym świetle, żeby przepuszczić dziadka na rowerze, który sobie radośnie przejechał na czerwonym świetle przez owe przejście, a później inny gość z kolei zatrzymał się na środku drogi, żeby przepuścić gołębia na drodze… No kurwa chorzy ludzie.
Jak już doturlałem się na bazę, szybko zrobiłem OC, założyłem tablicę i wyskoczyłem na drogę. Udało mi się nawet dość szybko dojechać na dworzec, choć nie na tyle szybko, żeby podbić kartę drogową – tylko tyle, że przyjechałem na styk pod stanowisko i jazda. Całą drogę siedziała za mną jakaś lekko pierdolnięta baba, która co chwila coś dogadywała, coś się mnie pytała, gdzieś łaziła, a pod Ameryką wsiadł mi jakiś dziadek, który jeszcze mnie wkurwił stwierdzeniem „Noo, coraz to lepiej, dzisiaj 20 minut, długo to chyba nie popracujesz”, więc mu odpyskowałem, czy mam sobie śmigło wyhodować na autobusie, na co nie był łaskaw nawet odpowiedzieć. Ja pierdolę, stoi pół godziny na przystanku i nie widzi, co się dzieje na mieście? Wyjechanie z dworca pod Supersam zajęło mi 10 minut, a facet myśli, że się zmieszczę w rozkładzie. Niech się idzie poskarżyć, jak mu nie pasuje. Później był lajcik, autobus klasycznie pełen do ostatniego miejsca stojącego, więc chociaż tyle frajdy miałem, że jakieś młodziki nade mną stały, przysłuchiwałem się ich rozmowom i czasami coś tam im dogadywałem dla beki. Na koniec ta walnięta smęciła mi przez Pogwizdów, żebym ją pod jakąś kapliczką wysadził, mówię jej „Jest tu przystanek, ja nie będę po jakiś kapliczkach jeździł, wysiada pani czy nie?” Stwierdziła „a to taki z ciebie kolega :(” i wysiadła. Już wolę jednak wozić pijanych.
Przy następnym wyjeździe z Rzeszowa wdałem się z kolei w pyskówkę z jakimś oskarkiem w SUV-ie, bo jego stary, wujek czy tam sponsor, który siedział za kółkiem, uparcie próbował się przede mnie wpierdolić z Asnyka na Piłsudskiego. Spróbował raz, nie wpuściłem go i mnie obtrąbił, spróbował drugi raz, ja mam na bileterce -12 minut, zresztą skoro za pierwszym razem nie zrozumiał, to chamstwo trzeba zwalczyć większym chamstwem, więc jedynka i gaz w opór – ale łagodnie. Miejsca zero, gość się pcha z podporządkowanej i jeszcze próbuje robić z siebie mistrza kierownicy. Patrzę w prawe lustro, a gość zawija od prawej i próbuje trzeci raz, więc już zacząłem kląć na głos, odbiłem na prawo i niech mi nawet do bagażnika wjedzie, jak nie rozumie, gdzie jego miejsce. Zrezygnował, wskoczył za mnie na lewy pas, minął mnie i odsuwa szybę.

– Stary, nie pojebało ci się coś w głowie?
– Pierdol się.
Coś tam jeszcze poseplenił, zapytałem, czy chce się sprawdzić siłowo, bo ja mam ponad 10 ton, a on może ze dwie, to zasunął szybę i chciał jeszcze raz się przede mnie wbić i wymusić ostre hamowanie, ale za dużo miejsca mu się zrobiło na pasie i pojechał w pizdu. Żeby nie było – jak mam czas i miejsce, to wpuszczam inne auta, bo jeżdżę szybko, ale nie przeskoczę pewnych rzeczy i nie przyspieszę autobusem tak, jak osobówka, ale jak ktoś zachowuje się jak ostatni frajer, to na pewno mu nie będę swoim kosztem życia ułatwiał. A jak się spieszy, to niech wypierdala z centrum, tylko jedzie inną drogą, to nie jest Łańcut czy Przeworsk, że tylko jedna główna ulica idzie przez miasto, a reszta to jakieś odnogi prowadzące w osiedla. W ogóle to, co się ostatnio tam dzieje, to jebana parodia, po 18:00 na prawym pasie jest korek na pół kilometra i nie idzie się wbić na przystanek, a lewy pas stoi pusty, chociaż połowa aut wcale nie skręca w Marszałkowską, tylko jedzie prosto. A wczoraj to nawet na nocnym kursie zrobiło mi spóźnienie, bo stałem 3 minuty na światłach na skrzyżowaniu Lubelskiej z Trembeckiego i Staromiejską, aż w końcu przypomniałem sobie, że jest 22:00 i te światła i tak zaraz się wyłączą. Już miałem pójść na pełnej kurwie na czerwonym, no ale akurat w momencie, jak ruszyłem, to się rzeczywiście wyłączyły, ogółem przez cały dzień 8 razy musiałem hamować na tych jebanych światłach, bo 70-80 metrów przede mną nagle zmieniały się na czerwone. Tego kretyna, który to przyklepał, osobiście powiesiłbym za jaja, bo to już jest ewidentne działanie na szkodę, w ogóle cały ten zjebany „inteligentny system” to tak działa, że z roku na rok korki są coraz większe, a jak widzę przepychające się w korkach karetki, to już tylko się cynicznie z tego śmieję, że przez to gówno być może ktoś właśnie schodzi na zawał, bo lekarze do niego nie mogą dojechać.
Jeszcze parę razy zrobiłem sobie przypał, bo mam tak, że jak jestem zdenerwowany, to odreagowuję w taki sposób, że zaczynam mówić do siebie – no i dwa razy było tak, że byłem przekonany, że już sam jestem, napierdalam monologi jak Bałtroczyk, po czym nagle podchodzi do drzwi jakiś facet, żeby wysiąść, a mnie aż zatyka z wrażenia do tego stopnia, że nawet „do widzenia” nie umiem z siebie wydusić, bo głupio się odezwać.
A na koniec dnia jechałem 40 km/h, bo zagotował mi się olej w skrzyni i nie dość, że zaczęła chrobotać, to parę razy nawet poczułem coś jakby smród spalonego oleju właśnie. Podpytałem dyżurnego o to (większość dyspozytorów w PKS-ie była wcześniej kierowcami), to stwierdził, że to w tych autach normalne „a chuj wie, co oni tam leją do nich, do tych automatów pewnie też jakieś najtańsze badziewie dają i później wszystko się sypie”. Nie mogę sobie teraz jednak skojarzyć, czy w SOR-ach też tak jest, ale zdaje mi się, że też tam skrzynia jest dość wrażliwa, ale w tych Solbusach nawet bardziej, zwłaszcza jak się dość ostro jeździ. Choć na moje to też pewnie zaniedbania konstrukcyjne, bo z tymi silnikami, co do nich były montowane, te auta bez mocnego ciśnięcia idą do 80-90 km/h, więc raczej po prostu podzespoły nie wyrabiają. Te nowsze Solbusy nie mają tego problemu, tam można je katować w zasadzie w opór – tak długo, jak umiesz się obsłużyć sprzęgłem tak, żeby autem nie rzucało, to nic złego się nie stanie.
Dzień zakończyłem szlugiem i Perłą wypitą przed snem, bo tego piątku to już miałem kurwa serdecznie dosyć. A jutro się będę turlał w 206.

#autobusy #rzeszow #pracbaza #jakbedziewpksie